Beata Śliwińska „Barrakuz” opowiada o procesie twórczym, inspiracjach i planach na przyszłość. 

06-11-2018

Pierwszą pracę z cyklu „Artystyczny wymiar Anegre” – kolaż autorstwa Beaty Śliwińskiej „Barrakuz” – mieli Państwo okazję podziwiać w naszej przestrzeni ekspozycyjnej podczas targów Warsaw Home. Ta współpraca była wspaniałą okazją do rozmowy o procesie twórczym projektantki, jej inspiracjach i planach na przyszłość. Zapraszamy Państwa do lektury!

Igor Gałązkiewicz: Jak wygląda twój proces twórczy? Czy masz ustalony schemat działania, określone i następujące po sobie sekwencje? Czy jest to spontaniczne?

 

Beata Śliwińska: Proces twórczy jest bardzo różny, zależny od projektu, pomysłów i założeń. Są projekty, które powstają w głowie, po czym przenoszę je na kartkę papieru, czy zapisuję w iPhonie. Potem rozwijam je już z użyciem komputera.

Owszem, mogłabym to podzielić na sekwencje. Zwykle pierwsza – B2B – jest dla mnie najtrudniejsza, bo tutaj muszę zebrać wszystkie kluczowe informacje, potrzeby. Później następuje pewna synteza wszystkich składowych – „solving the problem” poprzez poszukiwanie materiałów, research i dojście do tego, co będzie zawartością projektu, aż poczuję, że to będzie dobre i że to jest to, co chcę pokazać/przekazać.

 

I.G.: Kolaż jest dość specyficzną formą ekspresji. Choć jego korzenie sięgają starożytnych Chin, to tak naprawdę spopularyzowała go dwudziestowieczna awangarda, od surrealistów do konstruktywistów. Od tego czasu zrobił dużą karierę, ale zawsze jest jakby nieco z boku głównych nurtów, autonomiczny i specyficzny. Co w tej technice jest dla Ciebie najbardziej pociągające?

 

B.Ś.: Kolaż uważam za dziedzinę bardzo pokrzywdzoną w ostatnim stuleciu. Mocno infantylna, nieskategoryzowana – wciąż oficjalnie nie uznaje się jej za dziedzinę sztuki. Nadal kojarzony współcześnie jako coś „vintage”.

Ja staram się nie nazywać swoich prac kolażami – to za duża ingerencja w materię, by pozostać przy tym nazewnictwie. Owszem, korzystam z zasobów fotograficznych, graficznych, materiałów ogólnodostępnych, ale praca zwykle nie opiera się jedynie na sklejeniu dwu form, by uzyskać trzecią. W swoich projektach ingeruję w kolory, maskuję elementy, używam światłocieni, fotomanipulacji graficznych. Ostatnio również skupiam się na elementach 3D.

To taka bardziej futurystyczna wersja tradycyjnego kolażu. Najbardziej pociąga mnie w niej chyba przypadkowość – tutaj nie ma miejsca na szkice – projekt tworzy się często z przypadku, na początku nie ma planu. Planuję jedynie makietę i typografię, resztę pozostawiam nierzadko intuicji i chwili.

 

I.G.: Współpracujesz często z markami. Jak oceniasz ich świadomość potencjału kryjącego się w komunikacji dzięki sztuce? Czy to przemyślane działania dające też artyście wolność twórczą? Czy doraźne zlecenia, bez większej refleksji, mające tylko nałożyć powabną warstwę na produkt?

 

B.Ś.: Wszyscy klienci, z którymi współpracuję mają świadomość, że nie wchodzę w projekt jako „wyrobnik”. Jeśli zgłaszasz się do konkretnego twórcy po pewne dzieło, musisz szanować jego wizję danego tematu.

Ja jestem uparta i nie lubię, kiedy klient za bardzo ingeruje w projekt. To ja odpowiadam całą sobą za powodzenie projektu, wiem też, kiedy coś może się udać, a kiedy nie. Do tego cały czas uczę się nowych rzeczy i śledzę trendy, bo tego wymaga ten zawód. Klienci muszą mieć zaufanie do twórców, bo przychodzą po wizję, a nie jedynie słupki sprzedaży. Cieszy mnie, że coraz częściej współpraca wygląda tak, że jako twórca mam możliwość wprowadzenia swojego spojrzenia w daną kreację, albo tworzenia jej od początku. Mam w większości to szczęście, że na mojej drodze stają świadomi klienci.

 

I.G.: Co stanowi dla Ciebie źródło inspiracji? Gdzie jej poszukujesz?

 

B.Ś.: Życie jest inspirujące same w sobie. Zbieranie inspiracji to nieprzerwany proces – obserwacji ludzi, zachowań, potrzeb danej chwili, nastrojów. To podróżowanie i gapienie się na wszystko, zapamiętywanie. Ja czerpię ze wszystkiego, co może być czymś nowym, albo „obcym”. Patrzę na architekturę, liternictwo, afisze, materiały w sklepie tekstylnym. Odwiedzam muzea i galerie, robię zdjęcia. Inspiruje mnie też Internet, choć on jest już niezbędny, wręcz oczywisty w poszukiwaniu inspiracji. Codziennie setki, tysiące obrazów i bodźców przechodzi mi przez głowę. Rytualnie codziennie przeglądam kilka ulubionych portali, obserwuję innych twórców.

Zabawne jest to, że samoistnie w ramach procesu projektowania przeglądam tysiące źródeł, więc sama praca jest dla mnie inspiracją.

 

I.G.: Czy kolaż zawsze musi być surrealistyczny czy dadaistyczny w swej wymowie? Czy można też opowiedzieć poprzez niego bardziej realistyczną historię?

 

B.Ś.: Kolaż nigdy nie miał jednoznacznego przekazu. Raczej stanowił (albo wciąż stanowi) połączenie dwu znaczeń, z których tworzy się trzecie, często mocno odrealnione. Szanuję ten typ kolażu, ale ja w swoich pracach skupiam się na procesie dekonstrukcji, mashupu, pewnej ingerencji w gotowe. Dla mnie kolaż jest wizualny, a nie zabawny. Łączę elementy, schematy, wzory, ale nie przenoszę ich do dzieła w celu opowiedzenia historii. Wolę, gdy projekt intryguje, zawiera niedopowiedzenia. Lubię, kiedy ludzie pytają – to znaczy, że są tym zainteresowani.
 

  

 

I.G.: Kolaż, choć dominujący w twojej twórczości, nie jest jedyną formą artystyczną, w której się realizujesz. Czym jeszcze się teraz zajmujesz i jakie masz plany na najbliższy czas?

 

B.Ś.: Projektuję plakaty, identyfikacje wizualne wydarzeń, okładki płyt. Współpracuję graficznie ze sceną muzyczną w Warszawie. To szerokie spektrum. Lubię, kiedy praca przebiega wielotorowo i łączy różne media, jak ostatnio wielkoformatowe murale w centrum Warszawy. Obecnie pracuję nad kreację wizualną dużego wydarzenia w Krakowie, realizuję bieżące projekty dla klubu Niebo, a także powoli przygotowuję się do grudniowych Targów Plakatu. 

 

I.G.: W Twoich pracach widać silnie zarysowującą się tendencję, a właściwie słabość do estetyki modernizmu lat 50. czy 60. oraz specyficznego wdzięku i nieco egzotycznej, wyrafinowanej elegancji. Czy to zamierzony efekt?

 

B.Ś.: Uwielbiam estetykę modernizmu, mid-century modern. Zwierzęta w moich projektach to również element tego zamiłowania. Jest we mnie pewien poziom nostalgii, lub – jak to nazwałaś – wyrafinowania. Nie są to elementy przypadkowe, pod tym względem nie zdaję się na losowość. Świadomie korzystam z elementów silnie osadzonych w pewnej stylistyce, które potrafią „zagrać” współcześnie. W projekcie bardzo ważne są też dla mnie kompozycja i napięcia. Nie pozostawiam nadmiaru. Choć moje projekty często są „patchworkowe”, to lubię, kiedy kompozycja „oddycha”. Bardzo ważne jest też dla mnie światło. Chcę, by to był wyróżnik mojego stylu.

 

I.G.: Z drugiej strony część prac czerpie sporo ze świata kultury ulicy i szeroko rozumianego street artu. Czy lubisz łączyć wysokie i niskie tony? Mieszać konwencje?

 

B.Ś.: Robię to, bo nigdy nie nazwałabym street artu niskim tonem. Street art to już część sztuki epoki, w której żyjemy, sztuki, którą tworzymy, jaką oglądamy. Street art jest najbardziej luksusową dziedziną współczesnej pop-kultury, która się sprzedaje, a jednocześnie najbardziej dostępną. Instagram to street art. Nie lubię, gdy sztuka się zamyka w ekskluzywnych galeriach, gdy liżemy ją przez szyby, przechodząc obok. Jeśli mogę pokazać kawałek artu na ulicy, to po prostu to robię. Chcę, by ludzie mieli bezpośredni kontakt z czymś, co wyżej nazwaliśmy wręcz wyrafinowanym. Nie mam problemu z tym, że moje projekty pojawiają się na ulicach i znikają po miesiącu. A więc tak, mieszkam konwencje.

 

I.G.: Możesz nam zdradzić swoich ulubionych i ważnych dla ciebie artystów? Zarówno ze świata mody, designu, ale i architektury, muzyki, filmu czy sztuk wizualnych.

 

B.Ś.: Jean-Michel Basquiat, Francis Bacon, Picasso, Dries van Noten, Virgil Abloh. O nich ostatnio dużo czytałam, byłam w butikach, czy odwiedzałam wystawy, na których pokazywano ich dzieła. To oni pierwsi przychodzą mi na myśl. Bardzo cenię twórczość projektantów takich jak David Rudnick, Eike König (Hort) czy Hassan Rahim. Lubię taką stylistykę w projektowaniu.

 

I.G.: Jakkolwiek pretensjonalne będzie to pytanie, to sądzę, że warto je zadać. Czym jest dla ciebie sztuka? A właściwie czym dziś jest dla ciebie sztuka?

 

B.Ś.: Dziś sztuka jest dla mnie czymś nieprzydatnym do życia. Lubię ją oglądać, ale nie sprawia, że jestem lepszym człowiekiem. Bardziej skupiam myśli na użyteczności. Na tym, że rozwiązujesz jakiś problem, że projekt daje rozwiązania. Zapewne dlatego chciałabym, aby ładne i dobre projekty niosły z sobą coś więcej, niż tylko były medium do sprzedaży produktów. Wciąż się tego uczę.

 

I.G.: Żyjemy w czasach wszystkiego, dóbr, możliwości, w czasach miliardów inspiracji, chaosu, niekończącego się Internetu i bezbrzeżnego Instagrama. Kolaż jest trochę jak filtr, który kompiluje inspiracje i łączy je w całość. Tak jest zapewne z każdym dziełem, ale w przypadku kolażu punkty styku są wyraźniej zaznaczone. Czy nie masz poczucia, że dziś powstaje za dużo rzeczy, sztuki? Jak selekcjonujesz bodźce?

 

B.Ś.: W zasadzie to odpowiedziałeś sam na pytanie powyżej. Wszystkiego jest za dużo. Mamy overload bodźców, nadmiar obrazów, nadprodukcje tekstyliów. Wychwycenie tego, co najistotniejsze, jest trudne. Trzeba włączyć bardzo dużo wewnętrznych filtrów, wyłączyć świat zewnętrzny. W dobie przeładowania najcenniejsze są proste rozwiązania, mocne przekazy. Selekcja wychodzi z wewnątrz, chociaż wciąż dotyczy tego, co przeżywamy na zewnątrz. To chyba najdłuższy etap mojej pracy przy projektach. Czasem mam poczucie, że jestem bardziej produktywna, kiedy nie zaprojektuję nic, bo kiedy już to zrobię, wygeneruję kolejny wkrótce niepotrzebny element chaosu. Pewnie dlatego marzę o projekcie, który nie będzie przedstawiał niczego.

 

 

 

 

Funkcjonowanie naszej strony internetowej jest zgodne z obowiązującymi przepisami prawa w zakresie ochrony danych osobowych.

Aby dowiedzieć się więcej na temat stosowanych przez nas zasad w zakresie ochrony danych osobowych i stosowania plików cookies, kliknij – Polityka Prywatności.

 

Akceptuję